Tortury

Przebieg tortur

 

Do XVI w. w postępowaniu karnym dominował proces skargowy. Głównymi środkami dowodowymi były w nim: przysięga, ordalia, świadkowie i dokumenty. Wraz z wydaniem „Caroliny” upowszechnił się proces inkwizycyjny. Charakteryzowały go następujące cechy: wszczynany był z urzędu, wszystkie funkcje procesowe złączone były w osobie sędziego, który przyjmował na siebie rolę oskarżającego, broniącego i wyrokującego, proces był tajny i pisemny, wreszcie – postępowanie dowodowe opierało się na legalnej (formalnej) teorii dowodowej. Połączenie wszystkich tych czynników powodowało, że oskarżony przestawał być podmiotem, a stawał się przedmiotem procesu. Sama nazwa procesu pochodziła od łacińskiego terminu „inquisitio” – oznaczającego badanie, dochodzenie.

 

Proces inkwizycyjny składał się z trzech stadiów:

Inkwizycja generalna – miała charakter postępowania informacyjnego, jej celem było określenie czynu przestępnego i ewentualnego sprawcy. Wszczynano ją na podstawie donosu lub złej sławy publicznej. Obejmowała wizję lokalną i sumaryczną oraz przesłuchanie świadków bez przysięgi.

Inkwizycja specjalna – była właściwym postępowaniem dowodowym, mającym na celu zebranie odpowiednich dowodów obciążających. Przesłuchanie oskarżonego odbywało się w formie odpowiedzi na z góry przygotowane krótkie pytania (artykuły dowodowe). Wartość każdego środka dowodowego była ustawowo określona, stąd nazywano to legalną (formalną) teorią dowodową. Na początku powszechnie stosowana była pozytywna teoria dowodowa, zgodnie z nią – sędzia mógł wydać wyrok, jeżeli za winą przemawiały dowody odpowiedniej jakości i w określonej ilości. W XVIII w. upowszechniła się negatywna teoria dowodowa, nie zezwalająca na wydanie wyroku przez sędziego, jeżeli odpowiednich dowodów nie było. Dowody dzieliły się na pełne (przyznanie się do winy, zeznania dwóch świadków złożone pod przysięgą, opinie biegłych) i niepełne (poszlaki, zeznania jednego świadka), a wśród nich więcej lub mniej niż niepełne. Najlepszym spośród wszystkich dowodów było przyznanie się oskarżonego do winy, co nazywano „królową dowodów” („confessio est regina probationum’) i właśnie dla jego osiągnięcia stosowano w procesie tortury.

Osądzenie – oparte było na materiałach dowodowych wskazanych w śledztwie i ich ocenie dokonanej przez sędziego. Od wyroków w sprawach karnych nie było apelacji. Jeżeli w toku postępowania nie zdołano zebrać odpowiednich dowodów, ale w mniemaniu sędziego istniały uzasadnione podejrzenia, wtedy mógł on ogłosić czasowe uwolnienie oskarżonego od sądu, umożliwiające wznowienie procesu zaraz po ich ujawnieniu, przy czym wcale nie oznaczało to uwolnienia z więzienia, w którym oskarżony nadal mógł przebywać. Z kolei brak pełnego dowodu, ale posiadanie innego dowodu stanowiącego połowę jego wartości, pozwalało na wymierzenie kary nadzwyczajnej, tzw. kary z podejrzenia, co nieraz było dość złudne, zwłaszcza, gdy zamiast kwalifikowanej – orzekano zwykłą karę śmierci.

 

Zgodnie z legalną teorią dowodową przyznanie się do winy było „królową dowodów. Celem jego uzyskania, prawo zezwalało – dla wymuszenia zeznań – stosować w toku śledztwa cierpienia fizyczne. Określeniem dla nich najczęściej stosowanym były terminy: w języku polskim – „tortury” i „męki”, w łacińskim – „tortura”, „questionones tormenta” i „inqusitiones corporales”, a w niemieckim – „Folter”, „Tor tur”, „scharffe Fragen”.

 

Wbrew pozorom – przeprowadzanie tortur odbywało się według rygorów ściśle przewidzianych przez prawo. Ich podstawy określały przepisy „Caroliny” (art. 21 – 61) oraz powstałe na jej gruncie inne źródła prawa. Zgodnie z nimi – torturom nie podlegali uczeni doktorzy, szlachta, urzędnicy, starcy, dzieci poniżej 14 lat i kobiety brzemienne. Od zasady tej były jednak wyjątki, zwłaszcza gdy popełniono „zbrodnię przeciwko majestatowi” lub uprawiano czary. Tortury odbywały się z reguły w obecności rajcy pełniącego funkcję sołtysa sądowego, dwóch ławników i pisarza sądowego. Nazywano ich „panami zastolnymi”, gdyż zasiadali za znajdującym się w izbie tortur stołem, na którym przeważnie znajdował się krzyż, zbiór przepisów prawnych i akta sprawy. Obok nich, w torturach uczestniczyli „panowie przedstolni”, którymi byli instygatorzy pełniący funkcje oskarżycielskie i przedstawiciele władzy (podstarostowie) oraz dziedzice. Wyjątkowo, jeżeli sprawa była znaczna, brała w nich udział cała rada miejska. Same tortury przeprowadzał kat, osobiście lub z kilkoma pomocnikami zwanymi hyclami. Szacowne to gremium dla dodania sobie odwagi i animuszu przed rozpoczęciem tortur, jak i w ich trakcie, tęgo sobie popijało. Na stole stało zawsze kilka butelek wódki, z których obficie raczono się gorzałką. Pijani sędziowie, urzędnicy i oprawcy, będąc pod przemożnym wpływem alkoholu (wpadali w stan upojenia) i nie potrafiąc trzeźwo myśleć – łamali wszelkie rygory prawne. Kończyło się to fatalnie dla oskarżonego, który szybko przestawał przypominać istotę ludzką.

 

Aby skończyć z powszechnym pijaństwem w sądach, zaczęto nawet wydawać specjalne instrukcje o trzeźwości, jak to uczyniła Katarzyna z Zamoyskich Mniszchowa, która w swoich dobrach nakazała aby: „Urząd miejski, gdy jakową sprawę sądzić będzie, nie po pijanemu, ale po trzeźwemu, na stole w urzędowej izbie nie kwarta gorzałki lub konew miodu, ale krucyfiks i Sakson ma być”. Sam B. Groicki pisał również: „A sędziowie mają sądzić trzeźwo będąc, nie jedząc ani pijąc sądy odprawiać”.

 

Proces inkwizycyjny zaczynał się od zarządzenia przez sąd przesłuchania oskarżonego, które mogło być zwyczajne bądź pod przysięgą. Powtarzano je wielokrotnie, nawet czterokrotnie. Następnie przystępowano do badania innych środków dowodowych, a zwłaszcza zeznań świadków. Dopiero wtedy sąd mógł zarządzić przeprowadzenie tortur. Następowało to w razie wystąpienia takich okoliczności, jak: popełnienie przestępstwa zagrożonego najcięższymi karami, sprzeczność w zeznaniach, istnienie oczywistych dowodów, a zwłaszcza zeznań dwóch świadków oraz domniemanie przestępstwa. Zasady te wymieniało dzieło J. Damhoudera „Praxis Rerum Criminalium”. Dzisiaj trudno jest rozstrzygnąć, czy sądy trzymały się tych wskazówek, czy też nadużywały prawa, zarządzając tortury bez dostatecznych podstaw.

 

Tortury rozpoczynały się od wypytania oskarżonego o jego personalia. Następnie sąd zwracał uwagę na zgodność jego życia z prawem, a zwłaszcza na wcześniej popełnione przez niego przestępstwa i środowisko, z którego się wywodził i w jakim się obracał. Miało to znaczenie dla rodzaju zastosowanych tortur, gdyż sędziowie wiedzieli, że notoryczni przestępcy na wolności sami sobie wzajemnie zadawali rozmaite męki, aby wytrzymać grożące im tortury i byli w tym bardzo odporni. Uzyskawszy te informacje sąd wzywał oskarżonego do przyznania się do winy, aby nie dopuścić do torturowania jego ciała. Nakłanianie odbywało się początkowo tonem łagodnym, bez wywierania nacisku, a wszystko po to, by metodą perswazji skłonić go do dobrowolnego złożenia zeznań, zwłaszcza zaś wyjaśnienia okoliczności sprawy, gdyż mogło to być wzięte pod uwagę przy wymierzaniu sprawiedliwości. Sędziowie, w tej fazie, nie mieli być skłonni do szafowania sprawiedliwością, a prawo nakazywało im baczenie na następujące okoliczności: złą sławę, czas i miejsce pobytu w trakcie popełnienia przestępstwa, nieodpowiednie towarzystwo, przyczynę oskarżenia, która mogła wynikać z wzajemnej wrogości lub zysku oraz inne dowody, a zwłaszcza samą przysięgę.

 

Formalny brak podstaw do oskarżenia miał służyć do odwołania tortur i uwolnienia od sądu, a wystąpienie wątpliwości – do szukania dodatkowej pomocy u uczonych znawców prawa. Na ogół – takiego zrozumienia dla oskarżonego, w codziennej praktyce sądowej jednak nie było, a już samo wystąpienie poszlak, czy zeznań innego przestępcy, (co było zresztą niezgodne z prawem) uznawano za powód do zarządzenia tortur.

 

Przepisy poruszały wprawdzie sprawę przedwczesnego i nieuzasadnionego torturowania podejrzanych, stanowiąc, że osoby sądownie uniewinnione mogły wystąpić do wyższych władz przeciwko sędziemu śledczemu o odszkodowanie, to jednak w rzeczywistości przypadki takie były początkowo wielką rzadkością. Pierwszym państwem, które wydało walkę niesłusznym torturom była Holandia. Przeciwdziałania względem stosowania tortur zaczęto pod koniec XVI w., a jedną z pierwszych spraw był kazus z 1593 r., kiedy to mieszkanka Scheidam – obwiniona o zatopienie statku przez poruszanie gałęzią w wodzie i zamawianie w ten sposób czarów – odwołała się do najwyższej instancji, jaką była Wysoka Rada i została uniewinniona, a oskarżyciela publicznego obciążono kosztami postępowania sądowego. Podobnych przypadków było z czasem coraz więcej, również w innych państwach, najmniej jednak w Rzeszy.

 

Nieprzyznanie się do winy wskutek łagodnych perswazji, zmuszało sędziego do zaostrzenia postępowania wobec oskarżonego. Zostawał on rozebrany, „wszakże wstyd mając nakryty” i zaprowadzony do izby tortur. Osobie oskarżonej o czary, która mogła „zauroczyć” sąd wzrokiem, zawiązywano dodatkowo oczy i odwracano tyłem do składu sędziowskiego. Na wszelki też wypadek – narożniki stołu i ławy smarowano świętymi olejami. Badanie rozpoczynało objaśnienie przez kata poszczególnych narzędzi tortur wraz z wyliczeniem skuteczności ich działania. Zdarzało się, że już sam ich widok wymuszał przyznanie się do winy. Tak było w ostatnim procesie o czary, który miał miejsce w Gdańsku w 1659 r. Oskarżona; 82-letnia Anna Kruger, ujrzawszy narzędzia izby tortur od razu potwierdziła utrzymywanie stosunków z diabłem Mikołajem i uzyskanie od niego obietnicy przyznania ustronnego zakątkua w piekle, niedaleko od miejsca zabaw i uciech. Spalenie żywcem staruszki wstrząsnęło gdańską opinią publiczną i zadecydowało o zaniechaniu przeprowadzania w mieście dalszych procesów o czary.

 

Następnie, jako środek przymusu, stosowano wstępną chłostę. Zwykłych przestępców chłostano po plecach, a czarownice bito w twarz, aby się zalały krwią, co miało je pozbawić mocy tajemnej oraz golono im wszystkie włosy na ciele, aby sprytny diabeł nie ukrył się w nich i nie cierpiał za nie bólu.

Przed przystąpieniem do tortur właściwych, odbywało się kolejne dobrowolne przesłuchanie, a obecny na miejscu pisarz odczytywał przygotowane pytania i zapisywał udzielone na nie odpowiedzi. Pytania były krótkie, a ich liczba zróżnicowana (najwyżej jednak kilkadziesiąt) i zależała od powagi sprawy. Identyczne pytania zadawano oskarżonemu w czasie kolejnych faz tortur i po ich zakończeniu.

 

W nauce rozróżniono pięć stopni tortur. Istniała jednak zasadnicza różnica w praktyce sądowej poszczególnych państwach europejskich, nieraz wręcz szokująca, odnośnie ich gradacji i stosowania. Dla jej zobrazowania najlepiej przedstawić dwie skrajne koncepcje, przyjmowane w Polsce i w Niemczech. Stopniowanie tortur przyjęte w Polsce, zawarł prawnik Jakub Czechowicz w swoim dziele „Praktyka kryminalna”, które ukazało się drukiem dopiero w 1769 r. Rozróżniał on:

zagrożenie torturami,

zaprowadzenie na miejsce,

obnażenie i związanie,

przygotowanie narzędzi i ułożenie na ławie,

tortury właściwe.

 

W takim ujęciu – tortury były w istocie jedynie ostatnim stopniem zadawanych mąk. Zupełnie inaczej sprawę rozstrzygała nauka niemiecka, która – przyjmowanych w Polsce, pierwszych czterech stopni w ogóle nie uważała za tortury, dzieląc na pięć stopni wyłącznie tortury właściwe. Podział tortur był tutaj teoretycznie następujący:

zgniatanie palców do pierwszej krwi,

sznurowanie ciała za pomocą różańca lub liny z węzłami i ściąganie skóry oraz ciała aż do ukazania się kości,

rozciąganie na łożu sprawiedliwości lub drabinie,

zgniatanie nóg za pomocą „buta hiszpańskiego” lub jednocześnie nóg i rąk za pomocą „raka”,

przypalanie ogniem i rozżarzonymi cęgami.

 

W rzeczywistości dla sądów niemieckich były to jedynie ogólne wytyczne, a jaka była codzienna praktyka – o tym dowiadujemy się już z protokołów sądowych. Dla unaocznienia można przeczytać pochodzący z 1631 r. opis tortur kobiety oskarżonej o czary i kolejne fazy ich przeprowadzenia:

związanie rąk, rozciągnięcie na drabinie i przyśrubowanie nóg i rąk,

powtórzenie pierwszej fazy bez żadnych podstaw prawnych, mimo, że kat odkrył, iż kobieta była brzemienna,

ogolenie głowy i wylanie na nią spirytusu, który podpalono,

skrapianie gorącą siarką rąk i gardła,

rozłożenie na desce na okres 4 godzin, podczas których oprawcy raczyli się alkoholem,

zdjęcie z deski i związanie rąk i nóg na plecach,

oblanie pleców spirytusem i podpalenie,

podciągnięcie na sznurze pod sklepienie,

rozłożenie na drabinie i przesunięcie po plecach,

położenie na łożu sprawiedliwości i przeciąganie po „naszpikowanym zającu”,

przywiązanie 50 funtowego kamienia do nóg i rozciąganie stawów,

ześrubowanie goleni „butem hiszpańskim”,

ponowne ześrubowanie wszystkich nóg i rąk,

chłosta kończugiem po lędźwiach,

ześrubowanie palców i pozostawienie na 6 godzin, podczas których kat i hycel posilali się i pili alkohol,

chłosta kończugiem – na tym zakończono pierwszy dzień tortur.

 

Podobnie wyglądają inne protokoły sądowe, np. w 1591 r. w Nardlingen, domniema na czarownica przyznała się dopiero w 23 fazie.

 

Równie skrajnie przedstawiało się porównanie czasu trwania tortur. W polskim wymiarze sprawiedliwości trwały one najwyżej kilkanaście godzin, natomiast w praktyce sądowej państw zachodnich – nieraz po kilkadziesiąt dni. Stało to w jaskrawej sprzeczności z obowiązującym wszędzie prawem, które zezwalało zwyczajowo jedynie na tortury jednogodzinne, a dłuższe można było stosować tylko w sytuacjach nadzwyczajnych. Najprawdopodobniej sądy nic sobie jednak z tych zasad nie robiły. Dla zobrazowania samowoli Temidy w tym zakresie, może służyć przykład wzięty z praktyki sądu w Mediolanie, gdzie tortury przeciwko mężczyźnie oskarżonemu o zdradę trwały aż 42 dni. Ich rozłożenie wyglądało następująco w kolejnych dniach: 1,3,5,7, – podwieszenie pod sklepieniem, z rękami związanymi za pomocą wahadła, 9 i 11 – tortura wodna za pomocą kawałków lodu, 13 – chłosta do krwi oraz posypanie ran pieprzem i solą, 15 – zdarcie skóry ze stóp i postawienie na grochu, 19 i 20 – posadzenie na koźle tortur, 23 – wydłubywanie oka, 25 – drugiego, 27 – obcięcie ucha, 29 – drugiego, 31 – obcięcie nosa, 33 – obcięcie jednej ręki, 35 -drugiej, 37 – obcięcie nogi, 39 – drugiej, 41 – rwanie rozgrzanymi cęgami i na koniec łamanie kołem.

 

Warto zauważyć, że tortury z użyciem jednego narzędzia mogły trwać nieraz kilkadziesiąt godzin. Najczęściej wówczas stosowanymi narzędziami były: kozioł czarownic, łoże sprawiedliwości, dziewica norymberska, czy fotel tortur.

 

Zasadniczo, zgodnie ze zwyczajami stosowanymi w Niemczech, a przyjętymi przez inne państwa, tortury można było przeprowadzać tylko trzykrotnie. Na ogół jednak sądy obchodziły tę zasadę w ten sposób, że tortury, które odbywały się jednego dnia, nawet z przerwami lub nawet następnego dnia – uznawano za jeden ciąg. W skrajnych przypadkach jedna próba trwała nieraz wiele dni. Nic natomiast nie stało na przeszkodzie, aby w ramach jednego badania przeprowadzić kilka faz z użyciem różnych narzędzi. Po każdym cyklu przeprowadzano przesłuchanie, na którym należało potwierdzić zeznania złożone w czasie tortur. W razie ich odwołania, sędzia wysyłał oskarżonego na kolejną próbę. Z reguły była ona znacznie surowsza, gdyż sąd i kat traktowali odwołanie zeznań za swoistą obrazę.

 

Prawo nie określało okresu czasu, który miał oddzielać pierwsze badanie od kolejnego. W zasadzie zależało to wyłącznie od warunków lokalnych i woli sędziego. W sądach wiejskich, które nie posiadały więzień umożliwiających przetrzymywanie oskarżonego, jak również z powodu codziennych zajęć rolniczych składu sędziowskiego, tortury z reguły przeprowadzano następnego lub kolejnego dnia, a cały proces starano się zakończyć w ciągu kilku dni z ewentualną przerwą na uroczystości kościelne lub rodzinne. Zupełnie inaczej miała się sprawa powtarzania tortur w sądach miejskich, zwłaszcza w większych ośrodkach. Odbywały się one wtedy w odstępach kilkutygodniowych, a nawet kilkumiesięcznych. W tym czasie oskarżony przetrzymywany był w więzieniu miejskim, gdzie panowały straszliwe warunki, a jego pobyt zaostrzały różnego rodzaju urządzenia, krępujące lub całkowicie eliminujące swobodę ruchu więźnia. Najbardziej wymyślne były „szelki hiszpańskie”, używane często przy wykonywaniu kary „morus strictus”, popularnej zwłaszcza we Francji, a polegającej na zupełnym obezwładnieniu więźnia, a następnie zamknięciu go w małej podziemnej celi, bez dostępu światła i pełnej gryzoni. Z kolei czarownice trzymano w beczkach lub dybach. Nic też dziwnego, że wielu oskarżonych kolejnych tortur już nigdy nie doczekało, umierając w lochach.

Rzadko kiedy dochodziło do trzeciego cyklu tortur, gdyż z reguły nawet na najbardziej twardych „grzeszników” wystarczało podwójne „egzaminowanie”. Po ostatniej próbie należało złożyć dobrowolne zeznania, a następnie powtórzyć je przed sądem. Zdarzało się jednak, że oskarżony po potwierdzeniu zeznań złożonych na torturach, zmieniał je na rozprawie głównej, końcowej. Wtedy sąd kryminalny nie mógł już zarządzić wobec niego kolejnych tortur, lecz po rozpatrzeniu wszystkich okoliczności sprawy musiał wydać wyrok ostateczny, który podlegał egzekucji.

 

 

 

Nie stanowiło zaskoczenia, że w wyniku przeprowadzanych tortur oskarżony częstokroć umierał. Formalnie prawo niemieckie i wzorujące się na nim inne systemy karne, przewidywały w takich wypadkach przeprowadzenie dochodzenia przeciwko sędziemu śledczemu, który je zarządził i nadzorował. W praktyce jednak najczęściej takie sprawy załatwiano polubownie.

Tortury stanowiły najbardziej ponury obraz dawnej sprawiedliwości. Była to straszliwa broń w rękach ciemnych, często niepiśmiennych sędziów, którzy przesiąknięci fanatyzmem Temidy doprowadzali do całkowitego wypaczenia elementarnego poczucia sprawiedliwości, wzbudzając u jednych paniczny strach, a u innych krwiożerczy instynkt.

(Na podstawie książki: „Narzędzia tortur, sądów bożych i prób czarownic” T. Maciejewskiego)

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: